Pan wzywa kogo zechce

Sam nie wiem czy to, że wstąpiłem do nowicjatu było większym zaskoczeniem dla mnie samego, czy dla moich rodziców i znajomych. W szkole nie należałem do najgrzeczniejszych uczniów. Przez całą moją edukację, od podstawówki do Liceum zawsze w dzienniku były dodatkowo tworzone rubryki z moim nazwiskiem, gdyż miejsce przeznaczone na uwagi było wypełnione jak autobus linii 502 w porannych godzinach.

Mimo to zawsze byłem blisko kościoła i sakramentów. Na drodze wiary na pewno kluczowym elementem była formacja, oraz przynależenie do wspólnoty, którą najpierw był ruch Światło-Życie, a następnie wspólnota neokatechumenalna. To tam, oraz na różnych wydarzeniach ewangelizacyjnych, czy spotkaniach młodzieżowych odkryłem w największym stopniu co to oznacza tworzyć relacje z Jezusem i doświadczyć Go.


Wszystko fajnie, a jednak czegoś brak

Mimo, że w moim życiu raczej wszystko dobrze się układało- miałem super przyjaciół, relację z dziewczyną, dorastałem we wspaniałej rodzinie, miałem możliwość rozwijać swoje pasje, czułem jednak, że czegoś mi brakuje. Nie wiedziałem, w którym kierunku mam iść myśląc o przyszłym zawodzie. Zawsze byłem bardzo aktywny. Narty, wakeboard, windsurfing, autostop, rajdy samochodowe, teatr, chór, podróże, rowery czy spotkania ze znajomymi, to było to, co najchętniej robiłem w wolnym czasie. W sumie ciągle musiałem coś robić.

Było więc dla mnie bardzo nienaturalną perspektywą, aby większość mojego życia spędzać w pracy, która byłaby siedzeniem w biurze lub robieniem czegoś, co ani nie jest moją pasją, ani nie ma głębszego sensu. Gdy przez półtora miesiąca pracowałem w USA w zawodzie, który był tylko dla pieniędzy, przeraziła mnie perspektywa takiej przyszłości. Zobaczyłem, że będąc wypalonym w pracy bardzo ciężko będzie być najlepszym mężem i ojcem dla mojej rodziny.

Myślałem więc nad zostaniem nauczycielem. Chciałem pomagać młodym ludziom, którzy często w tym wieku podejmują decyzję złudnie obiecujące szczęście i spełnienie, a tak naprawdę prowadzące jedynie do frustracji i pustki. Zastanawiałem się, czy rzeczywiście nie jest dla mnie możliwe, aby praca miała jakiś większy sens niż tylko zarabianie pieniędzy?

Gdy przyszedł czas podjęcia decyzji postanowiłem postąpić „mądrze” i zacząłem studiować budownictwo na Politechnice Krakowskiej. Już po kilku miesiącach zorientowałem się, że z 7 przedmiotów jedyne co mnie interesowało to możliwość przynależenia do sekcji narciarskiej i uczestniczenie w treningach i zawodach. Wszystko wskazywało na to, że nie jestem urodzonym budowlańcem i jeśli chce spędzić większość życia robiąc coś, do czego na pewno nie jestem stworzony, to jestem w dobrym miejscu.

Wiedziałem, że muszę dać Bogu szansę

Na odkrycie mojego powołania składa się wiele doświadczeń: różnorakie spotkania z ludźmi tak świeckimi, jak i konsekrowanymi, którzy całkowicie oddali swoje życie Bogu i to, czym się zajmują, jest bezpośrednio dla chwały Bożej i rozprzestrzeniania Jego królestwa. Pielgrzymka do Santiago de Compostela, gdzie przez miesiąc sam, pieszo, wędrowałem przez Hiszpanię w poszukiwaniu Boga i Jego planu na moje życie. Podróżowanie autostopem przez Turcję i Gruzję, gdzie każdego dnia przeżywało się super przygody, spotykało się ciekawych ludzi i odkrywanie, że mimo to, że jest to jedna z najfajniejszych chwil mojego życia, to „fajność” nie wypełnia serca.

Doświadczeniem o ile bardziej wartościowym jest pojechanie na wolontariat, gdzie rzeczywiście można pomóc ludziom i faktycznie zmienić coś na lepsze w ich życiu, niż tylko podróżowanie, które jest dla mnie i tylko dla mnie. Przykład tak wielu osób konsekrowanych, które przeżywają swoje życie w pełni, radośnie służąc Bogu i ludziom.
            Te i wiele innych doświadczeń i spotkań (mimo tego, że w danym momencie nic nie zmuszało mnie do rozmyślania nad powołaniem do Kapłaństwa)  dało jasny obraz: muszę zrobić coś, jakiś krok, aby dać Bogu szansę i przeznaczyć poważną ilość czasu, aby rozeznać, czy nie jest to przypadkiem plan Boga na moje życie.



         Rozeznać na poważnie

Zastanawiałem się nad poświęceniem roku jako co-worker u Legionistów Chrystusa. Taki czas daje doświadczenie pracy  misyjnej za granicą, polegającej na pomaganiu jednemu z księży w jego pracy apostolskiej. Taki rok stwarza też ogromną możliwość, by poznać siebie i wzmocnić relację z Jezusem. Od wielu osób słyszałem, że był to ich najlepszy rok w życiu. Mimo wszystko zdecydowałem się pójść od razu na kandydaturę.

Nie wiedziałem, czy Bóg woła mnie do kapłaństwa, ale wiedziałem, że jeśli oddam coś Bogu, np. część mojego wolnego czasu, aby uczestniczyć w kandydaturze (czyli programie wakacyjnym dla młodych chłopaków rozeznających swoje powołanie) to nie ma szans, aby On nie oddał mi po stokroć i jeśli robię układy z Bogiem, to zawsze musi się to opłacić. Chciałem wykluczyć taki scenariusz, że będę sobie żył i nagle, za 15 lat, gdy będzie jakoś ciężko, będę mógł sobie pomyśleć „może moje powołanie byłoby zostać księdzem, a ja nic nie zrobiłem, żeby to rzeczywiście sprawdzić”.


Mogę tylko zyskać

          Na kandydaturze mogłem realnie doświadczyć miłości Boga i to On dał mi pewność, że jeśli wstąpię do nowicjatu i po roku lub dwóch latach, zobaczę, że to nie jest moje powołanie, to nie tracę nic, a wszystko zyskuję. Nie będę już sobie mógł wyrzucić, że nie dałem Bogu szansy.  Ten czas, który dałem Bogu, aby zbudować z Nim osobistą relację oraz poznać samego siebie zostanie już na całe życie i jakże się przyda w życiu rodzinnym, gdy przyjdzie mi sprawdzić się w roli męża i ojca.

          Jeśli jednak okaże się, że to jest to, do czego Bóg mnie zaprasza, to „wygrałem życie” i wreszcie odnalazłem tę drogę, na której moje życie będzie najszczęśliwsze i najbardziej spełnione. Co więcej, nie tylko na takim powierzchownym poziomie, ale w najgłębszym wymiarze życia. Tego na ziemi i życia wiecznego.
            Wyszło na to drugie i tak już po półtora roku w nowicjacie, Bóg ciągle utwierdza mnie w tej decyzji, sprawia, że jestem bardzo szczęśliwy i pokazuje, że to prawda: na układach z Nim, nigdy nie będzie się stratnym.


Dwa tygodnie, które zmieniły moje życie

Przed wstąpieniem do nowicjatu w wakacje 2017 roku, miałem jedynie znikomy kontakt z tym zgromadzeniem. Dwa razy uczestniczyłem w misjach MTT na Litwie, ale oprócz tego praktycznie go nie znałem. Wiedząc, że zastanawiam się nad powołaniem, ojciec Mariusz Kiełbasa LC zaproponował mi, abym przyjechał odwiedzić nowicjat i poznał trochę ich zgromadzenie. Byłem otwarty, lecz wprost powiedziałem ojcu, że nie myślę nad tym, aby wstąpić do Legionistów. Nie było to jakoś dla mnie pociągające „być Legionistą”.

Nigdy zresztą nie chciałem iść do wojska, a militaria, ubrania moro i koszary nigdy nie były w moim guście. Wiedząc, jak mało wiem o Legionistach Chrystusa, postanowiłem odwiedzić ich nowicjat w Niemczech. Miałem trochę wolnego czasu i postanowiłem skorzystać z okazji, aby pojechać sobie gdzieś autostopem i zyskać ciekawe doświadczenie „życia przez 2 tygodnie jak zakonnik”.
            Gdy poznałem nowicjuszy, zaimponowało mi, z jaką autentycznością i radością żyją oni wiarą. Nowicjusze byli bardzo normalni, uprawiali dużo sportu, grali w piłkę nożną 2 razy w tygodniu, było z nimi naprawdę śmiesznie i miałem uczucie, że praktycznie z każdym z nich mógłbym być dobrym kolegą. Równocześnie widziałem, jak bardzo przekonani są o wartości tego, co robią, wiedząc, co jest ich celem w życiu oraz będąc świadomym, że to właśnie to nadaje sens ich życiu. Dosłownie, oddać swoje życie dla Chrystusa, aby ratować duszę i osiągnąć osobistą świętość.

Br Mieszko Konarski nLC