Oto prosta historia, zwykłego chłopaka z Krakowa. Wspaniałe są w niej jednak dzieła Boga, który objawił, raz jeszcze, tym razem na mnie swoje nieprzebrane miłosierdzie. 

Dzieciństwo.

Urodziłem się 20 czerwca 1998 roku w Krakowie, jako najstarszy z trójki rodzeństwa, młodszych Gabrysi i Dominika. Otrzymałem chrześcijańskie wychowanie a moje dzieciństwo było bardzo radosnym czasem. Szkoła podstawowa i gimanzjum do których uczęszczałem są prowadzone przez Siostry Nazaretanki. Tam szczególnym czasem było przygotowanie do pierwszej Komunii Świętej. To wydarzenie miało dla mnie wielkie znaczenie i pierwsze myśli o kapłaństwie zaczęły plątać się po mojej głowie.

Mając 9 lat poznałem Legionistów Chrystusa. Odwiedzili oni moją mamę w pracy promując obozy letnie w 2007 roku. Ona szukając solidnej chrześcijańskiej formacji dla mnie bez wahania zdecydowała się, abym wziął udział. I to był strzał w „10”!

Klub Horyzont

Pierwszy obóz był niesamowitym doświadczeniem. Sport, świetni koledzy, przepiękne miejsca w 4 krajach, które zwiedziliśmy, wspólna modlitwa oraz mocne konferencje formatorów i Ojców. Po obozie chciałem po prostu więcej. Legioniści zapraszali chętnych do Klubu Horyzont, który prowadzą. „Co tygodniowe spotkania w grupach młodszych i starszych z konferencjami i rozważaniem Ewangelii, czasem na wspólny sport i gry oraz apostolatem” – skoro nie przestawałem o tym mówić moim rodzicom decyzja nie mogła być inna jak dołączyć do klubu.

W tym czasie otrzymałem wiele formujących doświadczeń. Nie zapomnę nigdy przedstawień Bożonarodzeniowych dla naszych rodzin oraz w domu dziecka. Poza tym co miesiąc wspólne weekendy w górach, operacja kilo, rozdawanie jedzenia ubogim na Plantach, a wszystko we wspólnocie. Chrystus był naszym ideałem a starsi liderzy grupy motywowali, żeby wzrastać w miłości bliźniego między nami w klubie, w domu i w naszych środowiskach. W ten sposób przez świadectwo nasze i apostolskie, aktywne serca Leginonistów Chrystusa nasi koledzy ze szkoły także zaczęli dołączać do Klubu. Z 20 chłopaków zrobiła się grupa przeszło 60!

Pragnienie by to stało się całym moim życiem było obecne w moim sercu. Pielgrzymka do Rzymu na święcenia kapłańskie i atmosfera panująca w naszym Centrum przy Via Aldobrandeschi były szczególne, może poza momentem, gdy jeden z Ojców dał mi po raz pierwszy do spróbowania Tabasco mówiąc, że to ketchup. Ale i to dawało mi obraz kapłana, który jest osobą bliską i radosną. Innym razem odwiedziliśmy szkołę apostolską w Niemczech. Po powrocie do domu nie mogłem przestać wychwalać tego miejsca. Chociaż nie znałem po niemiecku żadnego słowa poza „verboten!” chciałem się tam uczyć. Lecz mój zapał przez rok ostygł i zacząłem buntowniczy okres dojrzewania…

Okres dojrzewania

Niestety mając 12 lat opuściłem Klub Horyzont. Jako młody nastolatek zacząłem szukać siebie, mojej wartości. Próbowałem wszelkich rzeczy: perkusja, breakdance, lekkoatletyka i piłka nożna, a nawet capoeira. Poza tym papierosy i alkohol ukradkiem z kolegami myśląc, że tak będę popularny i szanowany w mym gronie. W mym sercu było wielkie pragnienie. Czego? Tego, czego wszyscy pragniemy: docenienia, szacunku innych, spełnenia i szczęścia – jednym słowem miłości. Pragnienie bycia kochanym jest przepiękne, ale ja zapomniałem, że nie muszę się pokazywać, udowadniać czegoś. Nie! Ja już jestem ukochany aż do śmierci, tak słaby i grzeszny jak byłem i jestem. Potrzebowałem zmiany perspektywy z „Ja” na „Ty”. Z egocentryzmu do Chrystocentryzmu. Chrystus nie raz wyciągał do mnie rękę, oczekiwał jak miłosierny Ojciec powrotu swego dziecka. Dzisiaj to widzę. Musiałem sobie tylko zdać z tego sprawę. Musiałem przejrzeć.

Nawrócenie

Wakacje 2015… ciężki czas! Zaczęło się od rodziców, których hojne zaufanie nadużyłem. Organizując imprezę bez ich wiedzy w apartamencie na wynajem, który był akurat pusty.

Następnie sport. Tam także Pan zamierzał dopuścić trudności – karcenie z miłości do mnie. W trakcie moich pierwszych zawodów w skoku w dal, gdy po spalonej próbie rozgniewany zamiast skoczyć wbiegłem w piasek, moja lewa noga utknęła w nim i tak naderwałem miesięń dwugłowy. Lekarz powiedział, że to oznacza 3 miesiące bez treningów biegowych.

Teraz byłem powoli gotowy. Bóg musiał jeszcze „uderzyć po raz ostatni”, aby skruszyć zatwardziałe serce. Tym razem jednak precyzyjnie i zdecydowanie, żeby pokazać mi prawdziwą drogę do szczęścia, do siebie. Zaraz po opisanych wydarzeniach o. Wawrzyniec przyjechał do Polski i zaprosił moją rodzinę na swoją Mszę prymicyjną. Z radością udałem się na nią, żeby zobaczyć br. Wawrzyńca z KH i starych znajomych. Atmosfera była niesamowita i przypomniała mi o tym co przeżywałem niegdyś w Klubie, jak bardzo tam byłem szczęśliwy jako młody chłopak i że jest to coś, czego brakuje mi właśnie.

Rozważając to wszystko, co miało miejsce w moim życiu pewnego dnia poczułem tak wielką pustkę i nieszczęście, że nie mogłem już tego dłużej wytrzymać. Będąc jeszcze w tramwaju łzy same zaczęły napełniać moje oczy. Wysiadłem i zacząłem rzewnie płakać pod Bagatelą. Ludzie pewnie myśleli, że zwariowałem. Zobaczyłem jak bardzo byłem skupiony na sobie, że raniłem rodzinę i najbliższe osoby. Czułem bezsens i beznadzieje. Nie wiedziałem czego mi brak. Czyż nie robiłem wszystkiego, żeby się uszczęśliwić, żeby było mi dobrze? Ale jak te przyjemności mogły napełnić te najgłębsze pragnienia, które każdy z nas ma w swoim sercu. I tak pokój ogarnął mnie w momencie. To musiał być Bóg. Nie dary, lecz sam Dawca – miłosierny Ojciec. Tylko On mógł wypełnić to nieskończone pragnienie miłości. Tylko On mógł sprawić, że będę szczęśliwy. Tylko On może tak kochać, tych którzy odwracają się od niego choć dał im wszystko. On nie zapomniał mnie, nie skreślił nigdy. Spojrzał na mnie z miłością i wezwał, żebym wrócił. Bo to On tęsknił za mną pierwszy.

Oczywiście wróciłem do domu i wypłakałem się po wszystkie czasy. Następnego dnia ogarnąłem się i poszedłem do szkoły. A oto 2 moich znajomych mówi mi nagle, że idą na spotaknie ze starym znajomy Ojcem od Legionistów… „Z kim?!” – pytam. Ojcem Wawrzyńcem oczywiście. Nigdy nie wiedziałem, że oni dołączyli do Klubu, w czasie gdy ja odszedłem. Pan postawił ich na mojej drodze. Spotkanie było dla tych, którzy ewentualnie chcieliby być formatorami. Zostałem dłużej i opowiedziałem wszystko co się u mnie działo Ojcu. On z kolei wręczył mi książkę, która towarzyszyła mi na pierwszych krokach by odbudować duchowe wartości w moim życiu: „Chrzescijaństwo po prostu” C.S. Lewis’a. Jesli macie kolegów ateistów to warto polecić. Tak o to wróciłem tam, gdzie moja relacja z Chrsytusem miała swój początek.

Oprócz bycia liderem starszej grupy chłopców, szczególne znaczenie miały dla mnie misje MTT. Licealiści i studenci, którzy dzielili ze mną pragnienie robienia czegoś więcej dla Chrystusa i budowania Jego Królestwa. Tam poznałem o. Mariusza, który został moim kierownikiem duchowym towarzysząc mi na mojej drodze pogłębiania relacji z Chrystusem.

Odczuwając moje braki w umiejętności prowadzenia Klubu, bycia prawdziwym liderem dla chłopaków, a pragnąc robić to lepiej, o. Wawrzyniec zaproponował mi wyjazd do Kanady w czasie wakacji na kurs formatorów ECYD-u. Niestety w momencie kupna biletów zdałem sobie sprawę, że stracę ŚDM w Krakowie. Ale i w tym była oczywiście Wola Boża. O to w trakcie jednej z adoracji po raz pierwszy od lat poczułem, że Bóg pragnie dla mnie czegoś więcej. To dało mi ogromną radość i pokój, bo i ja pragnąłem dać więcej. Pytałem w sercu „jak, Panie?”: cicha ale zdecydowana odpowiedź: „będąc moim kapłanem” Niesamowity moment, do dziś pozostawiający ogromne wrażenie w moim sercu.

Z jednej strony byłem podekscytowany, lecz z drugiej nie dowierzałem, bo widziałem jak bardzo słaby i grzeszny jestem, zmierzający się z wieloma złymi nawykami i przyzwyczajeniami. Dlatego Pan nie zostawił mnie samego. Z pomocą Ojców Legionistów zacząłem dzień po dniu walczyć i prosić Boga o światło dla rozeznania, o serce czyste, które będę mógł mu wręczyć. A była to konkretna batalia, która potrzebowała zdecydowanych środków.

Potrzebowałem więcej. Czasu z Bogiem przede wszystkim i wyrwania z mojej strefy komfortu. W trakcie wspólnych świąt Bożonarodzeniowych Klubu, gdy byłem już w klasie maturalnej, rozważając co dalej, o. Mariusz zaproponował mi wyjazd na rok jako Co-worker (misjonarz) do Irlandii, gdzie miałbym pracować apostolsko cały czas, prowadząc grupy dzieci i młodzieży wspólnie z innymi coworkerami żyjąc też pod jednym dachem ze wspólnotą Ojców Legionistów w Dublinie. Wiedziałem od razu – „dokładnie tego mi potrzeba, Ojcze!” Od razu powiedziałem Ojcu, żebyśmy prozmawiali z moimi rodzicami. Ale Zły nie spał. Zaraz po tej decyzji mieliśmy olimpiadę języka łacińskiego oraz teologii katolickiej, a po niej matury. Dobre wyniki z obu były radością, ale i pokusą. Nigdy nie mając szczególnych osiągnięć w szkole, zacząłem na nowo rozważać mój wyjazd. Na szczęście pojechałem w tym czasie z misjonarzami MTT na Litwę. Tam poznałem też br. Mieszka, zanim wstąpił do Nowicjatu. Pan w ich trakcie przypomniał mi czego tak naprawdę pragnę, i że kto poświęca Mu swój czas i możliwości, ten nic nie traci, a otrzyma postokroć więcej. I tak też się stało!

Po Kursie przygotowującym w USA poleciałem do Irlandii. To był wyjątkowy rok! Nie łatwy, ale nie ma owoców bez trudów, bez ofiary. Praca z dziećmi między 3-cim a 6-tym rokiem życia oraz 8-mym a 10-tym nie należała do moich marzeń, ale była to okazja by przełamać się, i zobaczyć z ogromną satysfakcją jak dzieci w grupach które prowadziłem rozwinęły się w tym czasie. Także możliwość bycia bardzo blisko rodzin z Regnum Christi, które zapraszały nas regularnie do siebie, było ważnym krokiem na drodze rozeznania, ponieważ mogłem zobaczyć życie rodzin na różnych etapach, które żyły w głębokiej zażyłości z Bogiem. Także Teamwork oraz duch braterstwa i wzajemnego wsparcia był ważnym doświadczeniem, o którym Karol z MTT może wam również opowiedzieć, bo działaliśmy tam owocnie razem.

Okres Świąt Bożego Narodzenia można było spędzić z rodziną. Był to piękny czas razem, ale dłuższa przerwa osłabiła mój apostolski duch. Wróciłem do Irlandii z poczuciem zniechęcenia i mocnego rozleniwienia. Także zacząłem zapominać o rozeznawaniu mojego powołania. Widząc się w takiej sytuacji po sakramencie spowiedzi i rozmowie z kierownikiem duchowym postanowiłem wziąć się w garść i nie pozwolić, żeby rok który miałem dać Bogu przepadł. Z pomocą musiała przyjsć Nasza droga Mama i poświęcenie się Jej Niepokalanemu Sercu z książką „33 days to Morning Glory”, którą serdecznie polecam, tak jak O. Joseph, mój kierownik duchowy w Irlandii, polecił ją mi. Prosiłem Maryję w trakcie tych rekolekcji o czystość serca, abym mógł szczerze rozeznać co jest Wolą Boga i o odwagę, aby jak Ona ją spełnić. Mówiłem też Maryi na modlitwie, że bez jej pomocy nie jestem w stanie zrobić tego kroku do przodu i wstąpić do Nowicjatu. No cóż, jak sami widzicie zostałem wysłuchany. Po skończeniu konsekracji byłem znowu pełnym zaangażowania apostołem, proszącym o światło Ducha Świętego, a niedługo później nadażyła się okazja by odwiedzić Nowicjat w trakcie Wielkiego Tygodnia. To doświadczenie, oglądanie rekolekcji powołaniowych o. Szustaka na YouTube, słuchanie świadectw Ojców, także spisując moje za i przeciw, rozeznałem ostatecznie. Biorąc te starania przed Najświętszy Sakrament i ofiarowując je Panu, poczułem pokój w sercu decydując się na wstąpienie do Nowicjatu. Jednakże nie było łatwy momentem powiedzenie o tym rodzinie, bo wiedzieliśmy wszyscy, że to oznacza dłuższą rozłąkę. Byłem jednak pewny w tym momencie, że skoro ja zatroszczę się o sprawy Pana to On tym bardziej o moje, jak to rzekła św. Teresa z Avila. I tak się stało. Dzisiaj widzę i czuję, że nigdy nie miałem bliższej i głębszej relacji z moją rodziną.

Pierwszego dnia gdy przyjechałem do Nowicjatu z o. Stefanem, który prowadzi kandydatów, byłem kompletnie przerażony. Zdałem sobie sprawę, że to jest poważny krok i wielka zmiana w moim życiu. To są bardzo ważne momenty, w których nie należy podejmować decyzji, dlatego najlepsze co mogłem zrobic to otworzyć się z ufnością przed Ojcem i powiedzieć mu o wszystkich emocjach jakie towarzyszyły ostatnim dniom, także tym sprzed Kandydatury. Już samo w sobie „wygadanie się” przed kimś daje wiele spokoju. I tak postanowiłem, że muszę dać Bogu szansę, czas, by pokazał mi, że to jest dokładnie to, czego On dla mnie chciał – że to jest droga mojego spełnienia i szczęścia. Pod koniec Kandydatury naprawdę mogłem powiedzieć, że czuję się jak w domu. Chociaż nie wszystko było łatwym do nauczenia, np. chorał gregoriański, to z pokorą i cierpliwością uczyłem się nowych rzeczy. Z radością przyjąłem sutannę na koniec 8-dniowych ćwiczeń duchowych. Był to szczególny moment zawierzenia mojego powołania w ręce Najdroższej Opiekunki, która uczyniła to wszystko możliwym, prosząc Ją od tego momentu codziennie wieczorem o wierność Bogu, który uczynił wielkie rzeczy w moim życiu.

 

Nowicjat to czas szczególnej zażyłości z Chrystusem, pięknych doświadczeń na modlitwie i w aposotlacie. Mogłem także rozwijać wiele talentów, a braterska wspólnota była dla mnie solidnym oparciem. Ze spokojnym sercem po prawie 2 latach w Nowicjacie oczekuję, by złożyć moje pierwsze śluby zakonne i zaczynam przygotowania do kolejnego etapu w moim życiu jako Legionisty Chrystusa – studia humanistyczne w USA. „Miłość Chrystusa ponagla nas„ (2 Kor 5, 14) ponagla mnie. Pragnienie podążenia za Chrystusem i czyniena obecnym przez moje życie Jego miłosiernej miłości. Życzę Wam także głebokiego doświadczenie tej Miłości i ponaglenia do miłowania.

Proszę, módlcie się za nami, nowicjuszami i za młodymi ludźmi, których Pan powołuje, o wiarę, odwagę i hojne serca.

RC, ECYD i MTT, wszyscy jesteście mi bardzo bliscy. Pamiętam o Was w modlitwie,

Wasz w Chrystusie,

Br. Sebastian Jasiorkowski, LC