Szczerze mówiąc nigdy nie myślałem o tym, aby zostać księdzem – nigdy ta myśl, tak na serio nie przyszła mi do głowy! Zawsze pragnąłem raczej mieć żonę, dzieci, swój własny dom i psa. Chciałem wyruszać na przygodowe wędrówki razem z moimi chłopakami, a dla moich dziewczynek być kochającym Tatą. Pan Bóg jednak poprowadził mnie trochę inaczej i dlatego teraz siedząc tutaj piszę to świadectwo.

     Nazywam się Mario Ciastoń, pochodzę z praktykującej, katolickiej rodziny i mam ośmioro młodszego rodzeństwa. Mimo  tego, że urodziłem się w Niemczech, zawsze wiedziałem, że jestem Polakiem. Wychowywałem się w polskiej tradycji i każdego roku bywałem w Polsce u rodziny, również w Krakowie. Zacząłem żyć wiarą w Ruchu Światło-Życie, który ma swój ośrodek w Carlsbergu (Niemcy). Po mojej rodzinie, to właśnie tam po raz pierwszy, zacząłem intensywnie doświadczać prowadzenia i działania Bożego. Poznawałem nasz polski Kościół oraz przyjaciół w moim wieku, którzy tak jak ja, szli tą samą drogą wiary. W wieku młodzieńczym w każde wakacje jeździłem na „oazę”. To właśnie tam spotykałem się z przyjaciółmi. Jeździliśmy razem do Polski na rekolekcje Ruchu Czystych Serc, ŚDM 2016 w Krakowie, oraz na inne spotkania katolickie. Oczywiście w gronie moich przyjaciół były wartościowe i piękne dziewczyny, o których nie raz moja rodzinka snuła domysły, „która to będzie moją przyszłą żoną”. Skończyło się jednak na przyjaźniach i jestem wdzięczny za każdą z tych znajomości, które mi tak pomogły na mojej drodze. Żyłem żywą wiarą i chociaż nie obyło się bez kilku „burz”, to miałem bardzo szczęśliwy czas dojrzewania. Żyłem jak normalny młody chłopak w szkole i mimo, że miałem dużo kolegów niewierzących to starałem się zawsze dawać świadectwo wiary moim postępowaniem. Dzięki kolegom, których miałem w liceum, doświadczyłem też trochę „imprezowego życia”, ale to tylko mnie utwierdziło w tym, że nie ma tam szczęścia, a prawdziwe spełnienie i radość można znaleźć tylko z Bogiem. Widziałem u moich kolegów jak często to życie jest płaskie i bezsensowne. Starałem się też pokazać im głębszy sens życia. Bardzo dziękuje Panu Bogu za moja rodzinę i przyjaciół którzy mi towarzyszyli, oraz za wszystkie łaski otrzymane w tym czasie. Dopiero teraz widzę, ile dobra było w tych różnych spotkaniach i doświadczeniach, oraz jak Pan Bóg mnie przez to wszystko prowadził, a Maryja chroniła przed wszelkim złem.

     Pod koniec klasy maturalnej zacząłem się zastanawiać co by zrobić po skończeniu szkoły, ale żaden z uniwersytetów nie wydawał mi się właściwą opcją . Dobry przyjaciel opowiedział mi o swoim roku wolontariatu jako „coworker” w Stanach, który był dla niego wyjątkowym czasem dojrzewania w wierze i odkrywania swojego prawdziwego „ja”. Po jego powrocie sam zauważyłem jakiej pozytywnej zmiany doświadczył. Bardzo mi się spodobałaperspektywa takiej przygody, bo już od dzieciństwa chciałem wyruszyć w świat . Po prostu wiedziałem że muszę się tego podjąć mimo przeszkód stojących  mi na drodze! Rodzice powiedzieli od razu, że będzie bardzo trudno uzbierać pieniądze na wyjazd, ale oddałem to wszystko w ręce Boga. I tak się zaczęła moja przygoda.

     Po maturze od razu zacząłem pracować. Bóg dawał mi tyle łask, oraz dobroci ludzi, że w końcu mogłem zapłacić za cały rok i nawet jeszcze wystarczyło na prawo jazdy! Rok w Stanach u Legionistów był najlepszym rokiem mojego życia! Pojechałem tam, aby oddać siebie Bogu i innym, a Bóg mi zwrócił o wiele wiele więcej!  Tyle miejsc zobaczyłem przez ten rok, tylu ludzi spotkałem, nauczyłem się języka angielskiego, oraz byłem dwa razy na misjach dla biednych w Meksyku, a nawet w Rzymie na święceniach kapłańskich! Ale najważniejsze było to, że bardzo wzmocniłem się w wierze i mogłem pomóc także innym przybliżyć się do Jezusa. Cały rok mi pokazał, jak bardzo pragnę robić coś naprawdę wartościowego, jak bardzo mi zależy na tym, aby pomagać innym ludziom, szczególnie w ich wewnętrznych i duchowych problemach: samotności, smutku, braku nadziei itp. Ten rok pokazał mi, że to co chce w życiu robić to przybliżać innych do Pana Boga, dawać im poznać naszą wiarę i rozpalić ten ogień miłości do Chrystusa w sercach ludzi.

     Na koniec roku wolontariatu po walce wewnętrznej zdecydowałem się na to, aby wstąpić do Nowicjatu Legionistów Chrystusa w Bawarii na dwa miesiące kandydatury („próby”). Z takim jednak nastawieniem, że Bóg mi pokaże, że to nie jest moje powołanie i poprowadzi mnie inną drogą. Nie byłem tego całkiem świadomy, ale głęboko w sercu bałem się powołania kapłańskiego.  Nie byłem gotowy na taką ofiarę z siebie mimo, że od zawsze byłem przekonany, że zechcę pójść tam, gdzie Bóg mi wskaże moje miejsce. Jeszcze pamiętałem moją pierwszą wizytę w nowicjacie w Bawarii przed rokiem i w ogóle mi się tam nie podobało. Jak się jednak okazało, tym razem było inaczej. Po okresie dwóch miesięcy pełnych częstych walk z Panem Bogiem Sam na sam w kaplicy, wstąpiłem do zakonu i od półtora roku jestem już tutaj nowicjuszem. Doświadczenia miłości Chrystusa, wspólnota oraz duch braterski mnie pociągały. Także prawdziwe oddanie się całkowicie jako „żołnierz Chrystusa”, aby z miłości do Niego zdobywać dusze dla Jego Królestwa zmotywowały mnie do postawienia tego kroku. Jest to praca na rzecz odwiecznych wartości, a nie tylko dla ulotnej sławy lub pieniędzy. Po prostu wiedziałem, że tutaj jest mój dom – czułem, że tutaj pasuje.

     Mogę tylko powiedzieć, że warto jest otworzyć drzwi Chrystusowi – na oścież. Nie ma się czego bać, bo On przecież daje wszystko, a nic nie zabierze z tego, co oznacza prawdziwe szczęście. Sam tego doświadczyłem, że nie chciałem mu oddać siebie w całości, wyjść ze swojej strefy komfortu i nie byłem z tym szczęśliwy. Dopiero, gdy poszedłem za jego głosem doznałem radości i pokoju i wiem, że idę we właściwym kierunku.

     Ostatnie półtora roku było czasem wielkiej łaski i nie zamieniłbym ich na nic innego. Wspaniałą rzeczą w nowicjacie jest dla mnie szczególne doświadczenie Jego Miłości, poznawanie Jego woli dla mnie i w końcu zrozumienie celu i sensu mojego życia, co daje automatycznie lekkość i pokój w sercu. Dla mnie wielkim plusem pobytu w nowicjacie jest możliwość poznania intelektualnie naszej wiary, poznawanie Boga nie tylko przez doświadczenie Go, ale również przez rozumowe poznanie tego, kim On właściwie jest. Codzienne życie ze świetnymi ludźmi, którzy mimo, że pochodzą z różnych stron świata (aktualnie w naszej wspólnocie nowicjuszy jest 8 Meksykanów, 4 Niemców 2 Polaków) też są na tej drodze rozeznawania powołania, żyją tym samym co ja i mają tą samą misję. Panuje tutaj niesamowite braterstwo, oraz prawdziwa miłość Bliźniego i gotowość do ofiary z siebie, czego również doświadczają liczni goście, którzy przyjeżdżają tutaj, aby pomieszkać z nami przez kilka dni życiem nowicjatu. Są to wartości, które charakteryzują nasze zgromadzenie. Wiadomo, są walki duchowe. Czasami bardzo trudne, ale warto je przejść, bo takiego szczęścia i pokoju nie doświadczyłem nigdzie indziej tylko u Boga w zgodzie z Jego wolą.

Pamiętajcie też o mnie i o moich braciach w modlitwie.

Br. Mario Ciastoń, nLC